|
|
Kłodzko Rain Tour 2006 (29 IV - 1 V)
Pomysł był prosty. Miały być góry, miało być niedaleko, miało być po asfalcie. Rzut oka na mapę Polski dał prostą odpowiedź - Ziemia Kłodzka. Mały romb wrzynający się w Czechy otoczony zewsząd górami. Kupa atrakcji i poniemieckie drogi. Termin - weekend majowy. Oczywiście żadnych rezerwacji, jak się nie uda znaleźć miejsca mamy namiot. W końcu po kilku niezbędnych zakupach wsiadamy do nocnego pociągu do Wrocławia, skąd osobówką dostaniemy się do Barda.
piątek 28 IV 2006
Bardo - Srebrna Góra - Wambierzyce - Radków (51 km)
3:20, gdzieś za Poznaniem
Suniemy po szynach. Pociąg do Wrocławia nie jest specjalnie zatłoczony, jednak wciąż ktoś coś chce od naszych rowerów. Noc ciepła, ciekawe jak długo to się utrzyma? Chcę spać, ale nie mogę usnąć - adrenalina robi swoje
***
Ruszyliśmy raźno. Pogoda ładna. Od razu tez pod górkę. W Bardzie obejrzeliśmy średniowieczny most i barokową bazylikę.
Teraz ostro pod górę - niebieski szlak rowerowy trzyma się grzbietu Gór Bardzkich. Podjazd i ciężki teren dał w kość zarówno nam jak i rowerom - na jednym ze zjazdów złapałem gumę. Odtąd trzeba było uważać - nie miałem drugiej zapasowej. Piękny zjazd gruntówką do Brzeźnicy. Stąd asfaltem pod wiatr w stronę Srebrnej Góry. Nad miasteczkiem (naprawdę jest to wieś, ale zabudowana jak miasto) góruje potężna twierdza - kolejny cel naszej wyprawy. Pod koniec morderczego podjazdu powitała nas grupka pruskich żołnierzy czekających na posiłki z różnych stron kraju. My zaś udaliśmy się zwiedzać jedno z arcydzieł sztuki fortyfikacyjnej.
Wróciwszy z twierdzy na przełęcz spotkaliśmy grupkę rowerzystów, na których mieliśmy się tego dnia jeszcze kilka razy natknąć. Razem obejrzeliśmy zabytkowy wiadukt kolejki sowiogórskiej i popędziliśmy do Wambierzyc.
Wambierzyce - mała osada słynna z majestatycznej bazyliki i kalwarii. Zrobiła wrażenie nawet na Mariuszu niechętnym raczej zwiedzaniu zabytków. Opisać nie idzie, trzeba zobaczyć.
Z Wambierzyc do Radkowa, gdzie chcieliśmy zanocować.
***
20:11, Radków
Leżę w łóżku w domku campingowym w Radkowie. Ambitne plany dojechania do Karłowa spełzły na niczym. Ale nie ma tego złego - porządnie się wyśpimy. Mariusz miał dzisiaj kryzys, ledwo wjechał na Srebrną Górę, ale potem było już z górki - dosłownie i w przenośni. JA kombinuję szlak i noclegi na jutro. Prognozy pogody są fatalne - ciekawe czy się sprawdzą.
Dzisiaj było dużo zwiedzania - najpierw urocze Bardo, potem błądzenie po leśnych ostępach Gór Bardzkich. Kolejne ciekawe miasto to Srebrna Góra z olbrzymią twierdzą szczycie góry. Zahaczyliśmy też o Wambierzyce z ogromną bazyliką. Ale największe wrażenie robią tutejsze wioski. Przypominają małe miasteczka - kamienice, chodniki, potoki w kamiennych łożyskach.
sobota 29 IV
Radków - Karłów - Błędne Skały - Duszniki Zdrój (53 km)
Po 12 godzinach snu obudził nas stukot deszczu o szyby. Prognozy jednak się sprawdziły. Mimo to twardo ruszamy w dalszą drogę. Czekała nas słynna Droga Stu Zakrętów i atrakcje Gór Stołowych. Czterystumetrowy (w sensie deniwelacji) podjazd do Karłowa wyszedł nam dość zgrabnie, nie zniechęcił nas nawet śnieg, który zaczął osadzać się na poboczu. W Karłowie decyzja, że odpuszczamy Szczeliniec, którego nawet nie było widać i jedziemy na Błędne Skały. Znowu zjazd, podjazd, zjazd etc. NA parkingu pod Błędnymi Skałami próbowaliśmy załatwić nocleg w Kudowie - bezskutecznie. Udało nam się dopiero w Dusznikach, a właściwie nad Dusznikami. Droga od parkingu do rezerwatu to 4 kilometry morderczego podjazdu. Po półgodzinie dotarliśmy jednak na szczyt. Sam rezerwat jest ciekawszy niż sądziliśmy - skalne formy przybierające rozmaite kształty, czasem trzeba się mocno schylić lub przecisnąć. Odsłania się też widok na Czechy. Po skończonym zwiedzaniu odbieramy rowery i pędzimy w dół - to, co w górę zajęło nam ponad pół godziny w dół zajmuje 8 minut. Na parkingu trafiamy na dwóch rowerzystów z Poznania, miło, ze nie nam jednym odbiło jeździć w taką pogodę :)
Z parkingu pod Błędnymi skałami terenowa ścieżka sprowadziła nas do Darnkowa i dalej Gołaczowa. Nieplanowany podjazd do Kulina i piękny zjazd do Dusznik Zdroju. Ładna miejscowość, ale sporo czasu zajmuje nam znalezienie jadłodajni. Pizza, zakupy i możemy jechać do schroniska. Według mapy kawałek, ale ostro pod górkę. Wyjechaliśmy na południe. Powinna być asfaltówka w lewo do góry. Ale coś jej nie ma. Mimo to jedziemy dalej. W końcu jest miejsce którego szukamy. Wąska asfaltowa droga odbija ostrym kątem w lewo i pnie się do góry. Czeka nas teraz sporo wspinaczki. Dziarsko pedałujemy oczekując rychłego odpoczynku przy schroniskowej ławie. W końcu dojeżdżam do skrzyżowania. Zaraz-zaraz - przecież tu nie powinno być żadnego skrzyżowania! Rzut oka na mapę i wszystkie wątpliwości łączą się w jedną całość - to nie ta droga! Szaleńczy zjazd na dół do ostatnich zabudowań Dusznik. tu dowiadujemy się, że droga do schroniska to kamienisty dukt na dodatek pogrodzony wiatrołomami. NA miejsce docieramy przed ósmą. Naszą frustrację potęguje widok fiata pandy przed schroniskiem - okazało się, że do schroniska jest inna droga - nie zaznaczona na mapie za to bardzo ładna. Złość rekompensuje widok z okna pokoju na Duszniki.
***
21:20, schronisko "Pod Muflonem"
Pogoda rzecz względna. Kiedy wspinasz się stromą jak cholera droga 400 metrów do góry masz ją absolutnie gdzieś, natomiast przy szybkim zjeździe kostnieją Ci palce. W sumie to kiedy pada deszcz/śnieg to wogóle podjazdy jakoś lepiej smakują. Nawet kiedy idą na marne. O właśnie - nigdy do końca nie ufajcie oznaczeniom dróg na mapie - tym samym symbolem oznacza się czasem ładne asfaltówki i kamieniste dukty pełne wiatrołomów.
***
niedziela 30 IV
Duszniki - Zieleniec - Spalona Przełęcz (37 km)
Obudziliśmy się niewyspani. Za oknem zaś znowu deszcz. Ale trzeba ruszać w drogę. Zjeżdżamy do Dusznik drogą - najpierw gruntówka, potem piękny asfalt. NA prędkościomierzu - powyżej 50, co przy tylu zakrętach i śliskiej nawierzchni jest wszystkim na co można sobie pozwolić. Podczas robienia zakupów Mariusz zauważył brak karimaty - musiała gdzieś wypaść podczas zjazdu.
Kierujemy się na południe, w stronę Zieleńca. Droga jednokierunkowa, ale zapomniana przez Boga i ludzi, więc jazda pod prąd nie stanowi zagrożenia. Po drodze oglądamy 'wielką atrakcję turystyczną Torfowisko pod Zieleńcem' - na nas, ignorantach, wrażenia jednak nie robi. W Zieleńcu witają nas masy śniegu i puste ulice - dla tej miejscowości sezon się skończył. W schronisku grupka ludzi oglądających 'Samych swoich'. Poza tym - żywej duszy.
Osiągnąwszy najwyższy (950 m n.p.m.) punkt wyprawy zjeżdżamy w dół. Autostrada Sudecka przez Mostowice doprowadza nas do celu, czyli Przełęczy Spalonej i przemiłego (choć niezbyt taniego) schroniska Jagodna.
***
21:40, schronisko PTTK Jagodna na przełęczy Spalonej
Co sprawia, że schronisko wydaje się przyjemne? Może uśmiech gospodarza, może nastrój w jadalni, może przebywający w nim ludzie? A może wszystko po trochu? W każdym razie 'pod Muflonem' w porównaniu do Jagodnej przyjemne nie było. Tutaj - inny świat, mimo, że można dojechać tu samochodem. Może dzisiaj pójdę normalnie spać - wczoraj grupka pijanej młodzieży mi na to nie pozwoliła.
PS Dziś znów padał śnieg. Świat stałsie biały
PPS Torfowisko to mizerna atrakcja turystyczna
***
poniedziałek 1 V
Spalona Przełęcz - Bystrzyca Kłodzka - Międzygórze - Długopole - Kłodzko (73 km)
Rano znów padał deszcz. Półkilometrowy zjazd z przełęczy, na który ostrzyliśmy sobie ząbki od dłuższego czasu, okazał się bardziej techniczny niż myśleliśmy - pomimo wyczyszczenia obręczy zdarliśmy do reszty klocki hamulcowe. W połowie drogi do Bystrzycy Kłodzkiej zatrzymaliśmy się w Nowej Bystrzycy obejrzeć unikatowy w Sudetach drewniany kościół z 1723 roku. Niespodziewanie tamtejszy kościelny postanawia nas oprowadzić i opowiedzieć o historii wsi, kościoła i cmentarza.
Sama Bystrzyca jest uroczym miasteczkiem, pełnym zabytków z wszystkich minionych epok - od średniowiecznych baszt przez renesansowy ratusz po barokowe kościoły. Nie wspominając o nieco PRLowskim barze 'kaktus' gdzie jemy pyszne śniadanie.
Z Bystrzycy wyjechaliśmy w stronę Międzygórza. Niby pod górkę, ale jakoś dziwnie, prawie jak po płaskim, po drodze tylko dwa krótkie strome odcinki. Na miejscu podziwiamy wodospad Wilczki i po rozmowie ze spotkanymi rowerzystami ruszamy z powrotem - tym razem przez Długopole.
Teraz jest i z górki i z wiatrem. Jedynie w okolicy Dłogopola Górnego prędkość spada na moment poniżej 30 km/h. W międzyczasie wychodzi słońce. Krótki postój w Bystrzycy i skok do Kłodzka uroczą, wąska drogą przez Gorzanów i Krośniewice.
W Kłodzku atrakcji jest bez liku - my wybieramy górującą nad miastem twierdzę. W odróżnieniu od Srebrnej Góry znacznie lepiej opracowano część muzealną. Niezapomniana jest też panorama miasta z bastionów twierdzy. Pamiątkowe zdjęcie na moście, obiad i już musimy iść na pociąg do domu...
22:46 - gdzieś przed Wrocławiem
No i wyprawa dobiegła końca. Niejako na pocieszenie wyszło słońce pięknie oświetlając Kłodzko i wszystkie okoliczne pasma górskie. Nawet Śnieżnik się odsłonił. Bardzo ładnie prezentowała się Bystrzyca Kłodzka - miłe i sympatyczne miasteczko.
Epilog
Podsumowując - pogoda byłaby znośna, gdybyśmy wzięli pełne rękawiczki, poza tym te 3 stopnie były całkiem do wytrzymania - nie było wiatru. Tereny wprost idealne na rower, krótkie dystanse dzienne biorą się z gęstego zwiedzania i, cóż, mizernego doświadczenia w jeździe po górach Została nam jeszcze do zrobienia cała wschodnia część Kotliny oraz drogi po czeskiej stronie. W każdym razie będzie kilka powodów by tam jeszcze wrócić.opis i zdjęcia: Tomasz Gapiński |