Góry moje - Tomasz Gapiński

Wyprawy:
Biegówkowo pod Tatrami...
Niżne Tatry 2007 (18 -...
Gorczańska majówka 200...
Pożegnanie zimy 2007 (...
Góry Izerskie 2007 (5-...
Tatrzańska jesień 2006...
Slovensko 2006 (21-28 ...
Kłodzko Rain Tour 2006...
Sylwester na Hali Góro...
Tatry 2005 (29 VIII - ...
Nord-Ost 2005 (17-23 V...
Karkonosze Spring Tour...
Tour de Beskidy 2004 (...

galeria





















Tatry 2005 (29 VIII - 5 IX)

poniedziałek 29 VIII
aklimatyzacja: Mała Łąka - Chochołowska


Wysiadam z pociągu w Zakopanem. Cóż - mimo 5 letniej przerwy nadal nie lubię tego miasta. Ostatnie zakupy w aptece (musujący magnez - potem się okaże jaki to ważny zakup...) i już siedzę w busie. Jeszcze w pociągu zmieniłem plany - zamiast do Kir jadę do wylotu Małej Łąki. 15 minut i kierowca informuje mnie, że to tu. Pogoda ładna, dzień wcześniej jeszcze padało, dziś tylko resztki chmur skrywają czubki co wyższych szczytów. Nie przejmuje się tym - dzisiaj jest czas na aklimatyzację. Dotąd nie tego czyniłem, ale dotąd nie wędrowałem po Tatrach. Na zegarku 9:00, czasu mamy dużo, więc spokojnie ruszam w górę doliny chłonąc rześkie powietrze. Po kilkunastu minutach staję jak wryty. Widziałem rysunki i zdjęcia, ale widok z Wielkiej Polany po prostu mnie uderza. Zalegająca na dnie doliny mgła w połączeniu z wysokimi chmurami, słońcem i skalnymi ścianami tworzy fantazyjną grę świateł i cieni. Po pół godzinie ruszam dalej - na Przysłop Miętusi. Na szlaku pusto, pierwszych ludzi spotykam dopiero na zejściu. Dookoła różowe kwiaty. Jak w bajce...

W Dolinie Kościeliskiej na dobre żegnam się ze spokojem - do polany Ornak towarzyszą mi tłumy. Przede mną jedyne poważniejsze podejście tego dnia - 300 metrów na przełęcz Iwaniacką. Nie spiesząc się (bo i po co) winduję się do góry. Przewodnik Nyki pokazuje jaka była z tej przełęczy panorama. Kiedyś - teraz wszystko zasłaniają drzewa, tylko widok Kominiarskiego niezrównany. Po krótkim odpoczynku na dobre żegnam się z przyjemnościami - zejście jest śliskie i nieprzyjemne - nawet najlepszy wibram nie utrzyma się na mokrych wapiennych głazach. W Chochołowskiej wita mnie traktor z drewnem. Spaliny z ciągnika mieszają się z tymi bardziej naturalnymi. Chyba nie lubię tej doliny...

W schronisku dowiaduję się, że miejsc wolnych nie ma. Tzn. jest miejsce w sali z młodzieżą licealną. No tak, sam jeszcze niedawno do liceum chodziłem, więc niezbyt mnie to nastraja, tym bardziej, że jutro chcę wstać po piątej. Gdy jednak dowiaduję się, że będą tam dwie inne osoby biorę ostatnie łóżko w schronisku (o 15.00!).
Młodzież okazała się wędrownym obozem z Giżycka, a konkretnie jego żeńską częścią :-). Oj, ładnie bym wyszedł nie biorąc tego miejsca... O 22 wszyscy już leżeli gotowi do snu.

wtorek 30 VIII
11 godzin hardkoru, czyli Tour de Chochołowska


Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zaaagrała... Pewien turysta na szlak wyruszał, niejedna panna chraaapała;-) No dobra - najpierw trzeba było się umyć i przepakować. Pijąc herbatę w kuchni turystycznej (Chochołowska, porządne schronisko, zamiast dawać wodę w bufecie czynnym od zwykle późnej pory, postawiła dwa czajniki i przywiązała je drutem) tłumaczę pewnemu obcokrajowcowi, że na Bystrą z polskiej strony iść nie można (tzn. można, ale...) - sympatyczny starszy pan zupełnie nie rozumie dlaczego. A ja mu pomóc nie mogę.

6:20 wychodzę w stronę Grzesia. Kilkadziesiąt metrów powyżej schronu napełniam butelki. Woda z potoku smakuje podle, ale nie powinna mi zaszkodzić. Po 7 wychodzę ponad las. Niebo czyste, w dolinie gra świateł i cieni. Nad Orawskim Morzem inne morze - mgieł. Na Grzesiu konsumuje część śniadania. Kanapki zrobiłem sobie wyjątkowo podłe, a czekolady zapomniałem kupić. Jeszcze będę tego żałował. Ludzi nie widać. Pierwszych spotykam Słowaków na Rakoniu, zaś przed Wołowcem wyprzedzam pograniczników - polscy mijają się ze słowackimi.

Ok 9 zdobywam wreszcie mój pierwszy dwutysięcznik. Co za piękny widok, z wrażenia nie mogę usiąść. W międzyczasie mijają mnie pogranicznicy. Lecą dalej, dobrze - 20 minut za mną idą dwie dziewczyny na Rohacze. W końcu i ja ruszam. Zejście jest wredne. Ślizgam się na sypkich kamyszkach, kije niewiele dają. Przy Dziurawej przełęczy raz przeważa mnie plecak - źle wyregulowałem system nośny. Dalej już lżej, ale przede mną 300 metrów podejścia na Jarząbczy. Prosto, bez zakosów. Pomiędzy Wołowcem a Jarząbczym spotkałem 1 osobę - a mówiono mi, że w Tatrach wszędzie tłumy ;>. Na górze jestem wykończony. Po raz kolejny spotykam pograniczników. Ratują mnie kawałkiem snickersa - swoją drogą fajną maja służbę... Rozkładam się na kamieniu w kształcie leżaka (tu dygresja - mamy czy babcie mówiące: "nie siadaj na ziemi, bo złapiesz wilka" MAJĄ rację). W międzyczasie robi się dość zimno i pojawiają się chmurki. Niegroźne, ale zasłaniające słońce. Ładną ścieżką schodzę w stronę Kończystego, gdzie spotykam pierwszych Polaków - widać nasi rodacy do rannych ptaszków nie należą - na zegarku już prawie pierwsza. Podejście na Starorobociański, którego się obawiałem okazuje się dość lekkie i przyjemne - 3 długie zakosy. Niestety na szczycie wita mnie mgła, tylko chwilami odsłaniająca niezrównany widok na Krywań. Kusi Bystra, ale nie dzisiaj - jestem już dość zmęczony, a trzeba jeszcze zejść.

Przyjemną ścieżką schodzę na Siwą Przełęcz. Przede mną już tylko kilkadziesiąt metrów podejść na grzbiecie Ornaku, jednak zmęczenie, konieczność oszczędzania wody, a przede wszystkim brak porządnego jedzenia robi swoje. Zejście z Ornaku na Iwaniacką okazuje się paskudne. Klną wszyscy dookoła, także Ci mniej zmęczeni ode mnie.
Na przełęczy rzucam się na trawę. Na drogowskazie "Hala Ornak 1h - biegiem". Obok mnie odpoczywa grupa spotkanych wcześniej Niemców - po chwili ruszają, by, jak się okaże, zabrać mi ostatnie łóżka w schronisku. Nie biegnę, ale mieszczę się w godzinie z drogowskazu. Jest jeszcze wcześnie (17 z hakiem), więc łudzę się, że załapię się na łóżko. Niestety - wspomniana trójka Niemców zajmuje 2 ostatnie łóżka, trzeci z nich też musi się zadowolić podłogą.

Cola, obiad, mycie nóg w potoku i od razu czuję się lepiej. Dosiadam się do Niemców. Próbują się uczyć polskiego, w czym jak mogę staram się im pomóc. Tłumaczę na przykład czym różni się pałka od kija ("pałka z antishockiem";-). Niemiła niespodzianka spotyka mnie przy płaceniu - za glebę 15 złotych, ale nie uznają zniżek PTTK. chamstwo. Kładę się przed 22. Chwile później w schronisku gaszą światło.


31 VIII - środa
Czerwone wierchy


Dziś można się wyspać - na wrzątek przed 8 i tak nie ma co liczyć. Wcześniej zgadałem się z jedna dziewczyną, która idzie w tę samą stronę co ja, więc będę miał towarzystwo. Przed 9 w końcu ruszamy. W dolinie Tomanowej świeci piękne słońce, idzie się szybko i przyjemnie. Problemem jest tylko brak picia - skądinąd wiem, że jeszcze przed Ciemniakiem będzie źródełko. Na szlaku jest już trochę ludzi - głównie znajome twarze z Ornaku. Kiedy opuszczamy las zaczynam się rozglądać (i nasłuchiwać) za źródełkiem. W końcu słyszę delikatny szmer wody w żlebie poniżej. Zostawiam plecaki aparat i schodzę w dół. Woda płynie jakby chciała a nie mogła, ale po kilku minutach 1,5 litrowa butelka jest pełna. O mało nie niszczę aparatu, ale w ostatniej chwili go łapię. Idziemy dalej. Odsłania się widok na Tatry Zachodnie i naszą całą wczorajszą trasę (koleżanka przeszła ten sam szlak, tyle, że startując z wylotu doliny). Odnajdujemy też "oficjalne" źródełko, o trochę większej wydajności i równie dobrym smaku. Wreszcie odsłania się widok na północ - ale to Zakopane jest nisko... Z drugiej strony zwraca naszą uwagę wspaniała północna ściana Ciemniaka. Na
grzbiecie Czerwonych Wierchów ludzi dużo, ale idzie się fajnie, więc robimy sobie tylko postoje na robienie zdjęć. A jest co fotografować - na północy głębokie doliny, na wschodzie i południu Tatry Wysokie. W końcu na Kopie Kondrackiej rozstaję się z Gosią - ona idzie do Kondratowej, ja do Murowańca.

Samemu już się tak lekko nie idzie, zaczynam tez czuć zmęczenie. Na szczęście szlak jest ładny a ścieżka urozmaicona (co widać po lakierze na kijkach;). Nieubłaganie zbliżam się do Kasprowego. Kiedyś podobno szlak omijał wierzchołek od południa - teraz jednak w ramach rekultywacji kopuły ścieżkę zagrodzono i trzeba iść przez szczyt. No cóż - przeżyliśmy Hitlera, przeżyjemy i Stalina jak mawiali nasi dziadkowie. Podczas zejścia uzupełniam zapasy płynów- przydadzą się na jutro. Nade mną przelatuje śmigłowiec TOPRu, odruchowo robię zdjęcie (niezbyt udane, patrz obok). Zastanawiam się po kogo leci, co się stało. Potem okaże się, że leciał na Kozią Wyżnią, po zwłoki...

W Murowańcu oczywiście miejsc nie ma. Dołączam do grupki ludzi poznanych na Ornaku (w międzyczasie dołącza do nas Gosia, która zmieniła zdanie), którzy tak jak ja czekają aż zaczną zapisywać na podłogę.

1 IX - czwartek
Świnica i Zawrat, czyli dzień lajtowy


Koedukacyjny wąski korytarz może przy obudzeniu sprawić hmmmm... niespodziankę. Tym bardziej kiedy nie musisz wstawać z budzikiem, tylko możesz się wyspać. Oczywiście i tak cię obudzą o 6 rano, ale to co innego. Bo dzisiaj dzień lajtowy. W planach Świnica i Zawrat, więc czasu jest dużo. Czekamy do 10, by załatwić sobie pokój. W efekcie tego nasza czwórka trafia do szóstki wraz z sympatycznym Francuzem Cyrilem oraz innym panem, o którym potem. Tego dnia ma do mnie dołączyć kolega - niestety on o miejsce będzie musiał jusze powalczyć - ominął Murowaniec i ruszył prosto na Świnicę - spotkamy się popołudniu.

W końcu ruszam i ja. Pogoda piękna, szkoda, ze mam kryzys. Mimo to dziarsko zdobywam wysokość - nie musze dźwigać wszystkich gratów. Na Przełęczy Świnickiej wypijam magnez i śmigam dalej. Wkrótce pierwsze łańcuchy. do góry jest fajnie, trochę gorzej jak trzeba zejść do Wrótek. Podobno w zeszłym roku jakiś dziadek zatorował to miejsce na pół godziny. Ja też musze się jeszcze oswoić z takimi szlakami. Siadam sobie na szczycie, ludzi sporo, a za mną idzie obóz z AWFu, więc za długo nie zabaluje. Dlatego korzystam z tego czasu co mam chłonąc widoki i robiąc zdjęcia. W końcu ruszam dalej. Schodzę niestety dość wolno, ale z każdym łańcuchem pewniej. W końcu docieram na Zawrat. Tu spotykam Gosię, która idzie od Koziej Przełęczy. Namawia mnie, bym tam poszedł, jednak rezygnuję z tego -na pierwszy raz nie chcę zbyt dużo wrażeń, poza tym kolega czeka na dole. Zejście z Zawratu jest dość przyjemne, nie ma zatorów, skała twarda i solidna. Uzupełniam wode w źródełku ("Zawracianka" - najlepsza woda w Tatrach) i ruszam dalej. Nad Zmarzłym stawem robię sobie przerwę obserwując kolejna akcje śmigłowca TOPR na Granatach.

Pod Murowańcem już czeka na mnie Maciej - przez następne 3 dni będziemy wędrować wspólnie. Udało mu się skombinować miejsce w pokoju. Niestety na następny nocleg na łóżku nie mamy co liczyć. Nawet urok i wdzięk dziewczyn nic nie daje. Jedną z niewielu fajnych rzeczy w Murowańcu jest możliwość bezpłatnego wypożyczenia gitary. Próbuję nią obudzić sąsiada z pokoju, który przysnął sobie przeraźliwie chrapiąc. Niestety - nawet Iron Maiden go nie ruszyło. W końcu kładziemy się spać - jutro Orla Perć, trzeba mieć siły

2 IX - piątek
Orla Perć, czy jak podrzeć nowe spodnie


Nie ukrywam, że jestem podniecony. Pierwszy raz w Tatrach i już na Orlą Perć. W dodatku chcemy zrobić całą. Zostawiamy graty w przechowalni i o 6:25 ruszamy na szlak. Przed nami wychodzi grupka Słowaków - tez robią Orlą, ale przez Świnicę. My uderzamy na Zawrat. Spokojnym tempem windujemy się do góry, przed 8:30 jesteśmy na przełęczy. Pogoda idealna, powietrze czyste, widoczność na 100 kilometrów - taki stan utrzyma się do wieczora. Na Zawracie popijamy magnez, robimy sobie zdjęcie i ruszamy dalej. Na początku jest łatwo. Szlak delikatnie wznosi się na grań. Potem jednak schodzi ostro w dół skalistym żlebem. Aż do Koziej przełęczy będziemy co chwilę to wspinać się kominkami to nimi schodzić. W międzyczasie dołącza się do nas pewien Słowak. Na Zmarzłej przełęczy wyprzedza nas grupka chyżo mykających emerytów. Rozmawiamy z nimi o wypadku sprzed dwóch dni. Jeden z nich wyraża więc święte oburzenie jakim to trzeba być idiota żeby spaść z tak łatwego szlaku. Z kolega nie możemy przestać się śmiać - ów święcie oburzony mąż ma na nogach wiklinowe półbuciki. Drabinka na Koziej okazuje się stanowczo przereklamowana - schodzi się pewnie, pod nią tez jest gdzie postawić nogę. Zostaję zmuszony przez Macieja by upiąć włosy w kok - podobno strasznie wyglądało jak przerzucam kitę to na lewo to na prawo by widzieć co mam pod nogami. ;-)

Kozia przełęcz to miejsce zapomniane przez Boga - ciemne, zimne i nieprzyjemne. Ruszamy najpierw w dół przełęczy, potem w górę po skałach. Teraz odsłania się piękny widok na drabinkę. Niestety kontrast między oświetloną i ocieniona częścią ściany uniemożliwia zrobienie dobrego zdjęcia. Wspinamy się do góry na Kozie Czuby. Ludzi nadal niewiele, ale jednak są. Bardzo nieprzyjemne jest zejście na Kozią Przełęcz Wyżnią. Skała wyślizgana, do tego mało sensownych stopni... To tu zginęła ta dziewczyna. My jednak o tym jeszcze nie wiemy (wiedzieliśmy tylko, że gdzieś w rejonie Koziego). Za to podejście jest boskie - długi, urzeźbiony kominek. Aż chce się iść. Na szczycie Koziego robimy sobie dłuższą przerwę. Spotykamy znajome twarze jak też nowych fajnych ludzi, w tym pewnego strażaka, który idzie granią od Zachodnich nocując na szlaku. Wraz z nim ruszamy dalej. Przez rozmowę kilka razy gubimy ścieżkę, na szczęście w łatwym terenie. Żleb Kulczyńskeigo okazuje się mniej nieprzyjemny niż sobie wyobrażałem, ale mimo to nie schodzi się nim zbyt miło. Za to wejście do góry kominkiem - sam mniód!

Teraz można odetchnąć. Ścieżka na Granaty jest łatwa i przyjemna. Na Zadnim Granacie obserwujemy przez pożyczoną lornetkę bliższe i dalsze szczyty. W tym Rysy. Ciągnący się zakosami pociąg ludzi wykreśla tę górę z planu podróży. Chwila nieuwagi przy zakładaniu plecaka o mało nie kończy dla mnie wyprawy (a może i życia). Pomiędzy pośrednim a skrajnym Granatem szlak robi się dość nieprzyjemny, słynna szczelina również nie jest zbyt miła (jak kto chce może zejść 3 metry w dół i przejść łatwą ścieżką). Morale psuje tez plama krwi na kamieniu - tu wczoraj działał TOPR (ofiara przeżyła).

Na Skrajnym Granacie decyzja - co dalej. Odcinek Buczynową Granią jest długi, trudny, ale i "honorny". Sprawdzamy zapasy wody, jedzenia, pijemy drugi magnez i lecimy dalej. Schodząc dowiadujemy się, że kawałek dalej jest zerwany łańcuch. Okazuje się, że kilkunastometrowy odcinek w żlebie przestał istnieć. Schodzimy skrajem żlebu "na tyłku". Dalej jest już lepiej. Szlak to wznosi się to opada. Dużo emocji dostarcza trawers skalnej ściany. Mimo ostrzeżeń kolegi patrzę w dół - luft dosłownie pod butem robi wrażenie. Coraz bardziej czujemy też zmęczenie. Bardzo nieprzyjemne jest zejście długim, niezbyt stromym, ale sypkim i nie ubezpieczonym żlebem. Podejście do góry jest już lepsze - zakosy z łańcuchami - ostatnimi już na szlaku. Chwilę później szlak wchodzi na samą grań - idziemy na czworaka po skalnych blokach mając samo powietrze pod nogami... W końcu docieramy na Krzyżne. Zrobiliśmy Orlą Perć. Całą. Spotykamy Słowaków widzianych rano pod Murowańcem. Dzielimy się z nimi piciem, oni nam dają pierniki. Niech żyje przyjaźń między narodami!

Zła wiadomość wynika z zegarka. Jest 18.30. Słońce zachodzi za godzinę, a o 21 zamykają bufet. Trza mykać w dół. Maciej pomaga jeszcze jednej dziewczynie, które podchodząc utknęła w trudniejszym terenie i nie wie co zrobić dalej. Szlak w dół jest łatwy, ale zaczynam czuć stopy, a konkretnie monstrualny pęcherz na podbiciu. Do tego spowalniają mnie kijki. Na dnie doliny jest już znacznie lepiej. Prawie biegniemy, by zdążyć na spaghetti w Murowańcu. W lesie musze już wyjąć czołówkę. Zastanawiamy się co zrobić jak miś zechce nas bliżej poznać, na szczęście żaden się nami nie interesuje. Za brzydcy jesteśmy? W końcu o 20.30 dochodzimy do schroniska - zmęczeni, ale szczęśliwi.

PS Spaghetti było pyszne. Jak się rano okazało załapałem się na ostatnią porcje...

PPS Miało być coś o spodniach. No cóż. Wspominałem, że w pewnym żlebie trzeba było schodzić na tyłku....

3 IX sobota (brrrr)
przebazowanie Murowaniec - Moko


Dziś znowu można się było wyspać. Mimo, że zaczął się weekend pracownicy Murowańca dość skutecznie odstraszyli większość chętnych na glebę i miejsca było sporo. Tym razem nam się nie spieszy. Przepakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i spokojnym tempem ruszyliśmy w stronę Zawratu. Noga dokucza mi okrutnie, ale mogę iść. Niestety widać, że zaczął się weekend - na szlaku tłumy ludzi. Przy źródełku napełniamy jakiejś pani butelkę za co dostajemy czekoladę :-). W końcu zaczynają się łańcuchy, co przy takiej ilości ludzi nieuchronnie oznacza zatory. Trzeci raz idę już tędy i za każdym razem ten szlak wygląda inaczej. Dzisiaj zdecydowanie jednak wypada najgorzej. Na szczęście zejście w stronę Pięciu Stawów jest znacznie przyjemniejsze. Wygodny, niezbyt stromy chodnik i zdecydowanie mniej ludzi. Niestety na zejściu noga dokucza mi dwa razy mocniej. W końcu docieramy do schroniska, w którym podobno jest pyszna szarlotka. Pogłoski okazują się jednak mocno przesadzone - jest stara i twarda. I do tego kubek mleka za 4 złote!

Ruszamy więc dalej, w stronę Morskiego Oka. Wybraliśmy łatwiejszy wariant przez Świstówkę, co oznacza jednak poruszanie się w pociągu ludzi, w tym kilku zorganizowanych grup. Brrrr. Szlak jest wyjątkowo nudny, do tego widok psują chmury zasłaniające wierzchołki wyższych szczytów. Przy Morskim Oku witają nas jeszcze większe tłumy. Nie przejmując się nimi moczymy nogi w jeziorze i czekamy, aż o 18 zaczną rejestrować. Nastawiamy się już na glebę, ale, o dziwo znajdują się prycze w starym schronisku. Cena (33 zeta) tylko o 2 złote większa niż gleby.

Tu kilka słów o tzw. Starym Schronisku. Jeśli ktoś wędrował z plecakiem po Beskidach to tu znajdzie właśnie ten cudowny, kameralny klimat małego schroniska. Kuchnia turystyczna z małą jadalnią i jedna kabina prysznicowa doskonale sprzyjają nawiązywaniu nowych znajomości (oczywiście w kolejce do a nie pod prysznicem;-).

4 IX, niedziela
Przełęcz pod Chłopkiem


Tak nie spałem od bardzo dawna. Szkoda, że o 6 trzeba wstać. Szybkie przepakowanie, herbatka, zostawienie gratów w przechowalni i ruszamy w drogę. Co prawda czas nas nie goni, ale chcemy skorzystać z porannego czystego nieba i braku tłumów, które tak ładnej niedzieli na pewno sobie nie odpuszczą. Nad Czarnym Stawem rozdzielamy się z ludźmi idącymi na Rysy i bodaj jako pierwsi turyści tego dnia uderzamy na Przełęcz pod Chłopkiem. Szlak to w większości chodniczek dość stromo pnący się do góry wśród piargów i upłazów. Czasami przekracza jakiś żleb, jest też jedna mała wspinaczka ubezpieczona klamrami. Przed Kazalnicą spotykamy kozicę. Słynna galeryjka przy tych warunkach nie różni się od chodnika, więc na przełęczy jesteśmy bardzo wcześnie. Przed nami otwiera się widok z jednej strony na Dolinę
Mięguszowiecką i staw Hińczowy, z drugiej zaś na Morskie Oko położone prawie kilometr niżej. Ulegamy pokusie by znakowaną kopczykami percią zaatakować Mięguszowiecki Szczyt Czarny, jednak moja noga odmawia współpracy na tak trudnej ścieżce - wracamy. Może innym razem... Teraz mamy dużo czasu aby się powylegiwać na wysokości 2307m n.p.m. Patrzę i chłonę te widoki - to ostatni dzień moich wędrówek w tym roku.

W końcu po 12 decydujemy się zejść. Przeklinam siebie, że zostawiłem kijki na dole. Ból stopy nie daje mi normalnie stąpać. Idę 3 razy wolniej od innych. W pewnym momencie czuję, że dziwnie lekko zginam stopę w bucie. No tak - cały bok podeszwy się odkleił, a taśma klejąca została na dole. Od tego momentu mam poważniejszy problem niż pęcherz. W końcu, z wielkim trudem docieram do Czarnego Stawu i schodzę do Morskiego Oka. Wreszcie mogę zmienić dziurawe spodnie na normalne*, wymoczyć zbolałe stopy i ubrać sandały. Wyprawa dobiegła końca. Mimo to w schronisku zostaję jeszcze jedną noc.

*nadawały się na plakat w stylu "Niedźwiedź to nie miś"

5 IX poniedziałek
epilog


Maciej wstał przed świtem i ruszył na Szpiglasową polować na świstaki. Ja o 8 ruszyłem w kierunku Palenicy. Im bliżej byłem parkingu tym więcej ludzi mijałem i tym mniej mi się podobało. Na Palenicy zapytałem busiarza gdzie można dostać porządne i uczciwe oscypki. Zaproponował, że zatrzyma się na w bacówce koło Bukowiny. Zaraz potem Zakopane, 10 minut na Krupówkach i 20 minut w sklepie z butami ;-). Szkoda, że po wakacjach jestem już spłukany... Szybko w pociąg do Krakowa, gdzie postanowiłem dać sobie kilka godzin na zwiedzenie miasta - głównie Wawelu i Kazimierza. O Krakowie napisano już całe tomy, ja dodam tylko, że w cztery godziny można jedynie liznąć miasto - trochę tak jakby obejrzeć Tatry z Zakopanego. Ciekawostką jest tylko stosunek władz miasta do rowerzystów. Cała starówka jest dla nich dostępna. W międzyczasie dołącza do mnie Maciej, który co prawda świstaka nie upolował, ale za to złowił całe stadko kozic. Będzie wyżerka...

Ciekawym jest, że kilkakrotnie wzięto nas za obcokrajowców i to z premedytacją. Dobrze, że tylko przy zamawianiu, a nie wystawianiu rachunku ;-) O 20.40 siedzimy już w pociągu. Tłum straszliwy, pełno żołnierzy, ale nasz przedział dziwnym trafem pusty. Może myśleli, że zamknięty na głucho. A przecież wystarczyłoby zapukać...;-)

opis i zdjęcia: Tomasz Gapiński

 

 

 

 

Powrót do góry

copyright 2004-2007 by Tomasz Gapiński. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wykorzystywanie zdjęć i tekstów z obrębu witryny bez zgody autora zabronione.

kontakt: łebmajster