Góry moje - Tomasz Gapiński

Wyprawy:
Biegówkowo pod Tatrami...
Niżne Tatry 2007 (18 -...
Gorczańska majówka 200...
Pożegnanie zimy 2007 (...
Góry Izerskie 2007 (5-...
Tatrzańska jesień 2006...
Slovensko 2006 (21-28 ...
Kłodzko Rain Tour 2006...
Sylwester na Hali Góro...
Tatry 2005 (29 VIII - ...
Nord-Ost 2005 (17-23 V...
Karkonosze Spring Tour...
Tour de Beskidy 2004 (...

galeria
















Nord-Ost 2005 (17-23 VIII)

Informacje praktyczne

Dojazd: W sezonie prawie wszystkie pociągi pośpieszne do Olsztyna i Ełku prowadzą specjalne wagony rowerowe, można tez liczyć na promocyjne ceny na rower.
Noclegi: Na terenie Wielkich Jezior liczne są pola namiotowe i campingi, na północy i wschodzie o nocleg trochę trudniej, w sezonie można jednak liczyć na schroniska młodzieżowe - niskie ceny i pewność wolnych miejsc. Na Litwie campingi są przeraźliwie drogie, można jednak rozbijać się na dziko (dla odważnych) lub poszukać taniej prywatnej kwatery.
Zaopatrzenie: na trasie nie ma problemów z zaopatrzeniem w żywność, łatwo też o tanie i smaczne jadłodajnie serwujące regionalne specjały takie jak kartacze, cepeliny, bliny (rodzaj placków ziemniaczanych) i wiele innych.
Potrzebny sprzęt: podstawa to sprawny rower. Może być zarówno trekkingowy jak i górski - ten drugi lepiej radzi sobie na często bardzo stromych polnych drogach. Do tego pojemne sakwy. Przydaje się ciepły ubiór - noce w sierpniu bywają bardzo zimne.
Mapy, przewodniki: Na rynku jest sporo przewodników opisujących te rejony, w tym specjalne rowerowe. Najbardziej przydatny był "Mazury na weekend" wydawnictwa Pascal. Warto też mieć specjalistyczny przewodnik po Wilczym Szańcu (my mieliśmy "Święta Lipka, Kętrzyn, Wilczy Szaniec, Giżycko", autora nie pamiętam). Polską część obszaru obejmują mapy: "Olsztyn" WZKart, "Wielkie Jeziora Mazurskie" i "Suwalszczyzna" PPWK, wszystkie 1:100000, przy czym ta ostatnia nie grzeszy dokładnością.
Litwa: Granicę najlepiej przekraczać w Ogrodnikach - mały ruch, dobra droga. Wystarczy dowód osobisty. Walutą jest Lit (1Lt = ok 1,2 PLN). Ceny podobne jak u nas, alkoholu niestety już też. Znajomość języka nie jest wymagana, w restauracjach ("kavine" to każda jadłodajnia, nie tylko kawiarnia) i sklepach mówią zwykle po polsku. Uwaga: zegarki przesuwamy o godzinę do przodu.
- Słuchaj, pewnie się domyślasz co Ci chce powiedzieć? - zaczął rozmowę Mariusz.
- Że nie jedziemy na Słowację. -odpowiedziałem spokojnie. Napalałem się na tę wyprawę od bardzo dawna, więc szanse jej powodzenia były bliskie zeru.
- Zgadłeś, ale to nie oznacza, że nigdzie nie jedziemy. Myślałem o północno - wschodniej Polsce, może z kawałkiem Litwy.
Nie protestowałem, sam chciałem zaproponować dokładnie to samo. O ile moja kondycja może i pozwoliłaby mi pokonywać na rowerze karpackie przełęcze, o tyle mój kolega nie był przekonany co do swojej. Na szczęście jedyna inwestycją stricte słowacką był rowerowy przewodnik po tym kraju, więc specjalnie stratny nie byłem.
Dostosowanie mojego roweru do potrzeb długodystansowych tras wymagało odrobiny zachodu - nowe bagażniki nie za bardzo chcą współpracować z 8 letnią ramą. Szybko jednak się z tym uporałem i po założeniu sakw można było przystąpić do pakowania.

Środa 17 VIII 2005
Olsztyn - Gierłoż (Wilczy Szaniec) (100 km)


I w końcu nadszedł ten dzień. Kilkanaście minut po siódmej rano spotykamy się na dworcu. Pierwsza jazda z obciążeniem wypadła nadzwyczaj dobrze, więc pełni pozytywnej energii wsiadamy do pociągu. Cały wagon rowerowy jest pusty, więc nie musimy nawet przypinać naszych pojazdów. Po niecałych 3 godzinach jazdy wjeżdżamy do Olsztyna. Wysiadamy na dworcu Olsztyn Zachód. Niestety, stację budowano w czasach kiedy o inwalidach nikt jeszcze nie myślał, więc musimy nasze trzydziestokilowe wehikuły znieść stromymi schodami przejścia podziemnego. W Olsztynie spędzamy około godziny, głównie w okolicach pięknego zamku. Okazuje się też, że nie my jedni wpadliśmy na pomysł by tu zaczynać przygodę - na starówce pełno jest rowerzystów z obładowanymi sakwami. Zdecydowana większość z nich to Niemcy.

Dalsza droga jest pełna pięknych zjazdów, stromych podjazdów i cudownych widoków. Niestety o szaleństwach na zjazdach można zapomnieć - objuczenie naszych rowerów i stan polskich dróg odstraszają od wysokich prędkości.
Po drodze odbijamy do Reszla, gdzie już z daleka widać potężną wieżę gotyckiej fary. Miasteczko położone jest na wzgórzu, które z niemałym wysiłkiem zdobywamy. Nachylenie podjazdu grubo przekracza 10%, przypomina tereny górskie. W miasteczku warto zwiedzić gotycki zamek, kościół i most. Wybieramy dwa ostatnie - zamek w całej okazałości prezentuje się szczytu kościelnej wieży (62 metry(!), jeśli się komuś chce po pokonaniu wspomnianego podjazdu, wstęp "co łaska" - naprawdę warto).
Kolejny nasz cel to sanktuarium w Świętej Lipce. Zatrzymujemy się, by obejrzeć przepyszne barokowe zdobienia oraz posłuchać XVIII wiecznych organów. Poza cudownym brzmieniem oferują one też wrażenia wzrokowe - kilkanaście ruchomych figurek wykonuje swoisty układ choreograficzny w trakcie gry.
Droga na Kętrzyn jest zupełnie pusta a to dlatego, ze nie ma mostu. Mimo to jedziemy, gdyż podobno jest jakiś kiepskiej jakości objazd, dzięki któremu oszczędzimy kilkanaście kilometrów. I rzeczywiście - znajdujemy ścieżkę wiodącą starym nasypem kolejowym. Na początku jedzie się nią nawet miło, potem jednak ładujemy się w straszliwe błoto. Po kilku kilometrach docieramy w końcu do cywilizacji, choć my i nasze rowery na cywilizowane nie wyglądają... Przez Kętrzyn dosłownie przelatujemy - nie ma już czasu na zwiedzanie bazyliki (która podobno i tak jest zwykle zamknięta) i zamku. Nasz cel na dziś to Wilczy Szaniec, kwatera niejakiego Adolfa H. Docieramy tam już po ciemku. I tu miła niespodzianka - pole namiotowe jest na terenie kompleksu, nie ma już potem żadnej dodatkowej bramki (bilet studencki 6 PLN, rozbicie namiotu 6 PLN).

Czwartek 18 VIII
Gierłoż - Dubieninki (110 km)


Wstaję wcześnie. Choć Mariusz nie dal się namówić na wyjazd o 8 to udaje się z aparatem na zwiedzanie szańca. Byliśmy tu także w nocy, ale słabe baterie w latarce zmusiły nas do odwrotu. Potem już wspólnie raz jeszcze obchodzimy kompleks. Warto mieć ze sobą (lub kupić na miejscu) jakiś przewodnik, gdyż kolejne bunkry są oznaczone jedynie numerami.
wyjeżdżamy w końcu z Szańca. Kierujemy się na Węgorzewo. Droga jest paskudna, przez większość czasu wyłożona kostką brukową, co najbardziej daje sie we znaki naszym nadgarstkom. Po drodze zwiedzamy kolejny, tym razem nie wysadzony w powietrze kompleks bunkrów w Mamerkach. Można dotknąć panzerfausta.
Samo Węgorzewo jest raczej nudne, jedyną atrakcją jest krzyżacki zamek, bardziej przypominający pałac niż warownię. Czeka nas teraz 50 kilometrowy odcinek do Gołdapi. Zaraz na początku blokuje mi sie pedał - WD-40 skutecznie jednak usuwa tę jedyną awarię na całej wyprawie. Wiodąca pofałdowanym terenem, dość męcząca droga doprowadza nas do podnóża Góry Gołdapskiej (272 m npm), największego ośrodka narciarskiego północno-wschodniej Polski. A zarazem Światowego Centrum Jedzenia Kartaczy. Ponieważ pod koniec odcinka miałem zwidy z głodu postanawiamy spróbować tutejszych specjałów. Nienajtaniej, ale warto!
Ponieważ na noc zapowiadają 6 stopni postanawiamy poszukać noclegu pod dachem - w PTSMie w Dubieninkach, ok 10 km za Gołdapią, a jakieś 3 przed planowanym na dziś celem - Stańczykami. Schronisko nie cieszy się wzięciem - w ogromnym budynku jesteśmy zupełnie sami.

Piatek (19 VIII)
Dubieninki - Sejny (105 km)


Szybkie zakupy i pędem do Stańczyków. Okazuje się, że szlak turystyczny nie prowadzi już przez słynny wiadukt - wjazd jest zakratowany i pilnuje go niemiły pan. Objeżdżamy więc szosą i uczciwie przechodzimy przez bramkę (ulgowy złotówka). wiadukty są naprawdę duże. Za to rozsypujące się. Teraz rozumiemy czemu nie przejechał po nich żaden pociąg - do zbrojenia betonowych filarów wykorzystano drewniane pale! Krajobraz dookoła prawie że górski. Po śniadaniu w cieniu molochów ruszamy w dalszą drogę. Asfalt szybko zmienia się w szuter, szuter w grunt i tu okazuje się, że moja mapa uwzględnia tylko ważniejsze drogi. Przy czym kryteria ważności znane są tylko autorom. W użycie idzie kompas i metoda chybił-trafił. Po równo na chybił i trafił. Momodrobnych perturbacji docieramy w końcu nad jezioro Hańcza. Potem morderczy podjazd, kawałek po płaskim i jakbyśmy wjechali do mitycznej Arkadii - a konkretnie do wsi Smolniki. Po prawej ręce głęboka na prawie 100 metrów dolina, na dnie kilka jezior. Na łąkach dookoła pasą się konie. Sielanka. Nic dziwnego, że tu właśnie kręcono "Pana Tadeusza".
Po krótkim popasie zjeżdżamy piaszczysta droga na samo dno, w kierunku jeziora Jaczno. W samo serce Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Staram się utrzymywać bezpieczna prędkość, ale nie jest to proste. Kawałek dalej trafiamy na stary młyn wodny. Postanawiam sprawdzić z jaką siłą spada woda w kanale. Nawet nie zauważam kiedy ląduję w wodzie. Dziwnym trafem aparat, telefon i dokumenty nie ucierpiały. Teraz zaczyna się odrabianie straconej wysokości, na szczęście wśród bajkowego krajobrazu. Na szczyt Góry Cisowej wjechać się nie da, więc robimy sobie małą górską wycieczkę.
Ponownie błądząc wśród moren, ozów i jeziornych rynien docieramy do Szypliszek (dobre pyzy) a potem do Puńska -stolicy polskich Litwinów. Warto zatrzymać się przy tamtejszym kościele oraz ładnym skansenie. W Sejnach meldujemy się w PTSMie i lecimy na miasto obkupić się na jutro. Jako, że już tu kiedyś byliśmy darowujemy sobie zwiedzanie (jak ktoś nie był to musi zobaczyć: barokową bazylikę i renesansowy klasztor oraz koniecznie tzw. białą synagogę).

Sobota 20 VIII
Sejny - Druskienniki (95 km)


W pół godziny docieramy do polsko-litewskiego przejścia w Ogrodnikach. Kompletna pustka, uśmiechnięty celnik ogląda nasze dowody i życzy szerokiej drogi. Zaraz po litewskiej stronie droga się rozszerza, asfalt staje się gładszy, a znaki czystsze. My jednak skręcamy w prawo. Wiejskie drogi tez są bardzo dobre, jednak po kilku kilometrach asfalt się kończy zamieniając się w szeroką pyłówkę. Jedziemy przeraźliwie wolno, Mariusz na trekkingu musi czasem prowadzić rower. Po 10 kilometrach i jakiejś godzinie jazdy całuję asfalt. Teraz juz zdrowo zapieprzamy. Mijamy Veiseiai (Wiesieje) i Lejpalingis (Lejpudę). Kilak kilometrów przed Druskiennikami w wyniku nieporozumienia Mariusz wjeżdża w moje koło i ląduje na asfalcie. Na szczęście skończyło się na kilku drobnych otarciach, mozna więc jechać dalej. W Druskiennikach wita nas Niemen (ale nie Czesław), blokowiska i niedziałający automat IT. Chwilę zajmuje mi znalezienie "ludzkiego". Uzdrowiskowa częśc miasta jest znacznie ładniejsza niż przedmieścia. Ładne, pomalowane na żywe kolory drewniane wille. W 'kavine' (czyli restauracji) menu po polsku. Zamawiany oczywiście cepeliny. Posileni śmigamy do celu naszej dzisiejszej podróży - Parku Grutas.
Założony przez pewnego przetwórcę grzybów park ma tyleż wrogów co i zwolenników. Na terenie ok. 20 hektarów zgromadzono kilkadziesiąt pomników Lenina, Stalina, Dzierżyńskiego i innych komunistycznych prowodyrów. Całości dopełniają ekspozycje muzealne, łagrowe wieżyczki i dobiegające z głośników robotnicze pieśni. Obowiązkowo robimy sobie zdjęcia z towarzyszem Leninem. Kupuję też sobie kubek z godłem ZSRR i napisem w łamanej polszczyźnie: "Minister zdorowia ZSRR uprzedza - herbata nie wodka - dużo nie wypijesz". Ciekawostka jest fakt, że po 2 godzinnym zwiedzaniu nasze rowery zostawione przed bramą wciąż stoją. Widać obecność największych bandytów w historii odstrasza tych mniejszych ;-)
Nie znalazłszy pola namiotowego w okolicach parku wracamy do Druskiennik, gdzie spotkani Polacy załatwiają nam nocleg na kwaterze za 15 litów od łebka (ok. 18 złotych - tyle samo chcieli na kampingu).

Niedziela 21 VIII
Druskienniki - Sejny (70 km)


Wracamy do Polski - omijamy piaszczysty odcinek jadąc przez Lazdijai (Łozdzieje). O 15 jesteśmy w Sejnach. Wieczorem dopytujemy się w schronisku gdzie można kupić prawdziwego sejneńskiego sękacza. Idziemy pod wskazany adres i zamawiamy najmniejszego - za 28 złotych. Do odbioru jutro rano.

Poniedziałek 22 VIII
Sejny - Augustów (72 km)


Udajemy się po odbiór ciasta - ciężko byłoby nie trafić - cała klatka schodowa jest przepojona jego zapachem. "Mały" sękacz zajmuje cała sakwę. Teraz tylko trzeba uważać, by go nie zniszczyć - obiecaliśmy dowieźć go do domu.
Ruszamy w stronę Augustowa. Krajowa 16 nie jest tutaj jeszcze zbyt ruchliwa. We Frąckach odbijamy w lewo i po kilu chwilach wjeżdżamy do Puszczy. Leśna droga wypada w Mikaszówce prosto na śluzę Kanału Augustowkiego. Jednocześnie stuka nam 500 kilometr podróży.
Piękna droga przez las zahacza jeszcze o kilka innych śluz oraz krystalicznie czystych (choć dość zimnych) jezior. W końcu wjeżdżamy do Augustowa - czyli takiej małej Warszawy. Poza tym miasteczko ładne i przyjemne. Na samym kampingu towarzystwo jest bardziej zróżnicowane - tu akurat przeważają obcokrajowcy.

Wtorek 23 VIII
Augustów - Ełk (50 km)


Wyjeżdżamy krajową 61. Okazuje się ona drogą na Warszawę, na szczęście tiry maja zakaz wjazdu. Po kilkunastu kilometrach tłoku i remontów opuszczamy to niegościnne miejsce. Powoli żegnamy się z Mazurami. Zatrzymujemy się przy odnowionym cmentarzyku z pierwszej wojny światowej. Chwila zadumy i pędzimy do Ełku. Tu wsiadamy w pociąg kończąc tygodniową przygodę z wynikiem 592 kilometrów. A za rok na Słowację.


opis i zdjęcia: Tomasz Gapiński

 

 

 

 

Powrót do góry

copyright 2004-2007 by Tomasz Gapiński. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wykorzystywanie zdjęć i tekstów z obrębu witryny bez zgody autora zabronione.

kontakt: łebmajster