|
|
Karkonosze Spring Tour 2005(22-24 IV)
Piątek 22 IV
Karpacz Biały Jar - Okraj
Zajechałem do Karpacza około 10. Prosto z Białego Jaru ruszyłem żółtym szlakiem do góry. Zdziwiło mnie, że już po kilku minutach natrafiłem na płat śniegu. Dalej jak można się spodziewać było go coraz więcej. Wwindowałem się szybko do Strzechy spotykając po drodze dwoje ludzi. Ze Strzechy natomiast podskoczyłem do Samotni. był to mój pierwszy kontakt z tym słynnym schroniskiem - i choć byłem tam tylko kilkanaście minut stwierdzam, że nie jest przereklamowane :-)
Idąc dalej w kierunku Spalonej Strażnicy natrafiłem na zjawisko, które skojarzyło mi się z lodowcami. Mianowicie w pewnym momencie zacząłem się zapadać. Co krok to dziura - okazało się, że pod warstwą zlodzonego śniegu płynął sobie wartko potoczek.
Nie pamiętam kiedy znalazłem się na Śnieżce. Tam wreszcie zobaczyłem panoramę z jej szczytu (poprzednim razem miałem mleko i pioruny) i zmarzłem tak, że musiałem założyć czapkę i rękawiczki.
Odcinek od Śnieżki do Czarnej Kopy był bez śniegu. Na zejściu jednak było go dużo, i to dość rozmiękłego, więc trochę sobie pojeździłem.
Na Okraju dowiedziałem się natomiast, że miejsca w schronisku nie ma i nocować będę w strażnikówce SG. W sumie chyba na tym wyszedłem nienajgorzej, bo miałem całą sporą chatę tylko dla siebie ;P
Sobota 23 IV
Okraj - Hala Szrenicka
Postanowiłem sobie być twardy i wyjść o 5 na szlak przyświecając sobie czołówką. I owszem o piątej wyszedłem, ale z łóżka. Mimo to ta odrobina poślizgu dała nieoczekiwany efekt - kiedy tylko otworzyłem dźwierza strażnikówki dokładnie na wprost mnie zaczęło wschodzić słońce...
Niestety niebieski szlak przez Skalny Stół został zamknięty ze względu na tokujące cietrzewie, a spotkanie zacietrzewionego strażnika nie było tym na co miałem wówczas ochotę, wybrałem więc czerwony szlak po czeskiej stronie. Warunki były idealne - lekki mrozik, śnieg twardy. Idąc po własnych śladach (jeszcze sprawdzałem, czy pasują) wszedłem niczym po schodach na Czarną Kopę (1407), skąd udałem się na Śnieżkę.
Tam zostałem świadkiem dwóch rzadkich zjawisk - braku turystów (8 rano - byłem pierwszy tego dnia) i zero wiatru. Zejście z królowej Sudetów lekko mi napsuło nerwów - był to jedyny moment, kiedy brakowało mi raków - jak tu obecni potwierdzą cała Śnieżka jest pozbawiona już śniegu z wyjątkiem czerwonego szlaku ;-).
Dalej też szło mi się idealnie. Przyszło trochę chmurek, ale wysokich i niegroźnych. Pozbawiony możliwości oglądania kotła Małego Stawu podziwiałem piękne nawisy śnieżne po czeskiej stronie. Krótki odpoczynek zrobiłem dopiero pod Słonecznikiem. Od tego miejsca szlak zaczął trawersować zbocza Smogorni i Małego Szyszaka. Stromy stok, łysy, a w dodatku cały zlodzony, w którym jedyne wąska ścieżynka wydeptana w śniegu umożliwiała (w miarę) bezpieczny chód. Z duszą na ramieniu przeszedłem ten odcinek przypominając sobie techniki hamowania kijkami. Zaraz potem zaczęli też się pojawiać ludzie - wspomniani tu wcześniej przez ryb-kę Pepiki na biegówkach. Polski język usłyszałem dopiero w Odrodzeniu.
Po najedzeniu, napojeniu i podładowaniu baterii telefonu (zbyt krótkim by coś dało) ruszyłem dalej.
Niestety - powietrze stało się w międzyczasie ciepłe i wilgotne, przez co śnieg zrobił się miękki i nieprzyjemny. Jedyny tego plus to świadomość, że nie kupiłem stuptutów na marne;-) Po drodze trafiałem na kilku ludzi, m.in. pewnego grotołaza, który szukał drogi do jakiejś leśnej chatki, gdzie imprezował poprzedniej nocy;). Na Śląskich kamieniach ukazał mi się wreszcie nadajnik na Śnieżnych kotłach. Ze Śnieżki wydawał się niebotycznie daleko, teraz zaś Śnieżka majaczyła na horyzoncie. Pojawił się też kolejny problem - Wielki Szyszak. Jak wiadomo letni szlak trawersuje strome północne zbocze tej góry. Szlak zimowy natomiast trawersuje ją od południa.
Po lodowych polach Smogorni miałem serdecznie dość trawersów, więc wybrałem trzecią opcję - marsz przez szczyt. Przy okazji zobaczyłem wreszcie z bliska ruiny pomnika kaisera Wilhelma (takie małe kwadratowe coś na szczycie). Zejście do nadajnika było już bezśnieżne. Patrząc z krawędzi w dół urwiska usłyszałem charakterystyczny szusy i nawoływanie. W zaśnieżonych, prawie pionowych żlebach dwóch gości jeździło na nartach! Ruszyłem dalej. Szrenica była jednocześnie blisko i daleko. Ostatni odcinek szlaku okazał się najwredniejszy. Mimo, że płaski dał mi się we znaki nierównym, mokrym śniegiem. Zaczęło też ze mnie wychodzić zmęczenie. Przy Trzech Świnkach stwierdziłem, że odpuszczam szczyt Szrenicy i gnam prosto na Halę Szrenicką. Do schroniska zbiegłem/zjechałem na nogach.
Epilog - sobota-niedziela
Kiedy w sobotnie popołudnie ledwo stojąc na nogach zamawiałem miejsce na Hali Szrenickiej poinformowano mnie, ze będę w pokoju z pewnym miłym starszym panem.
Okazał się nim pan Władysław - postać na tyle ciekawa, ze warto o niej cos napisać. Otóż pan Władysław jest emerytowanym informatykiem (sic!) z Wrocławia. Samo to określenie brzmi jak oksymoron. Ja jako przyszły (oby) informatyk znalazłem z nim wspólny język dość szybko. Pan Władysław zaczął programować w 64 roku, jeszcze na dużych maszynach lampowych, potem były "mniejsze", bo tranzystorowe Odry, na których można już było używać naturalnych języków typu FORTRAN zamiast assemblera. Karierę zakończył w połowie lat '90 łykając podstawy C. Poza tym jest zapalonym turysta (głownie tatrzańskim, ale bywał tez w Alpach) i narciarzem. Był zdziwiony, ze tyle wiem o Tatrach mimo, ze prawie w nich nie byłem - opowiedziałem mu wtedy o forum. Na Hale przyjechał pojeździć na snowboardzie przez weekend. Ponieważ jego deska miała paskowe wiązania nie wymagające specjalnych butów udało mi się go namówić na krotka lekcje w niedzielny ranek.
Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale mój pierwszy raz na desce można chyba uznać za udany - średnio 1 wywrotka na każdy krotki przejazd (ale przy zatrzymaniu dopiero) - podobno szło mi nieźle pomimo grudowatego śniegu. W każdym razie zabawa była przednia. Chwile wcześniej, kiedy siedziałem w pokoju bez celu pan Władysław przyszedł mi oświadczyć, ze znalazł w schronie kawiarenkę internetowa. Zdziwiłem się ale jako nałogowiec nie mogłem nie sprawdzić. Na wieść od siedzącej tam pani sprzątaczki, ze działa tylko jeden komp a drugi jest zepsuty z ochota zabrałem się do naprawy - niestety komputer okazał się całkowicie sprawny i nic nie mogłem już zdziałać. Tak czy siak zapłaciłem za pół godziny i wrzuciłem widoczną kilka postów wyżej pierwszą cześć relacji - nałóg to nałóg ;-).
Po odjeździe pana Władka udałem się na krotki spacer na Szrenicę. Siedząc na szczycie w samej koszulce zastanawiałem się gdzie podziały się słynne karkonoskie zimno i wiatr - okazało się wieczorem, ze pojechały na tournee po Polsce północnej ;-).
Schodząc (a właściwie zjeżdżając po oblodzonej drodze) do Szklarskiej zahaczyłem wreszcie o wąwóz Kamieńczyka. Niestety. Na tym odcinku zaczęło się to, czego przez cale dwa dni nie uświadczyłem - tłumy :-(.
W Szklarskiej miałem czas tylko kupić wodę i zaraz gnałem na autobus do Wrocławia a potem pociąg do Inowrocławia. O 20:00 byłem w rodzinnym mieście.opis i zdjęcia: Tomasz Gapiński |