|
|
Tour de Beskidy 2004 (5-10 VIII)
5 VIII 2004
Bielsko-Biała - Żywiec
Zatłoczony pociąg dowiózł nas do Bielska-Białej. Nie mamy czasu na kolejne zwiedzanie miasta, więc wsiadamy do autobusu nr 8, który powiezie nas prosto w góry. No dobra - nie w góry, ale do ich podnóża - stacji kolejki gondolowej na Szyndzielnię. Oczywiście nie zamierzamy z niej korzystać - ruszamy do góry czerwonym szlakiem. Na 500-metrowym podejściu wychodzi nasz brak kondycji, ale na szczyt docieramy przed czasem. Przelatujemy przez zatłoczoną wierzchowinę na Klimczok i schodzimy ładnym, grzbietowym szlakiem do Szczyrku,
koło sanktuarium na Górce.
Teraz czeka nas druga część dzisiejszego etapu - 700 metrowe podejście na Skrzyczne. Górujący nad okolicą szczyt wygląda znacznie potężniej niz jest w istocie. Na szczęście szlak jest ładny, choć miejscami mylny - w jednym, takim miejscu trafiam na żmiję, na szczęście gad zmyślnie ucieka. Pod szczytem spotykamy paralotniarzy czekających na wiatr, na
szczycie zaś wita nas zimno, tłumy ludzi (wyciąg) i przecudowna panorama leżącej 800 metrów niżej Kotliny Żywieckiej.
Zejście jest dość strome, ale pyszne jagody rekompensują trudy. Zastanawiamy się czy będziemy mieli jak dostać się z Ostrego do Żywca - na szczęście kursów jest dużo i nawet nie musimy czekać. W PTSMie jak zwykle pusto, podobno mamy w pokoju jedną osobę, ale jakoś nie udaje się nam jej spotkać.
6 VIII
Żywiec - Markowe Szczawiny
Rano wsiadamy w opóźniony PKS do Korbielowa - potem śniadanie i ruszamy żółtym szlakiem do góry na wschód. Początkowo nudny leśny dukt graniczny doprowadza nas do ładnej polany Głuchaczki ze studencką bazą namiotową. Ładnym zwyczajem częstują nas herbatą. Nasza uwagę
zwraca też miejscowy prysznic;-) Razem z poznanym właśnie towarzyszem ruszamy dalej. Droga jest w opłakanym stanie - zrywka drewna zamieniła ją w błotny kanion. Nasz towarzysz idzie dalej granicą - chce spać w szałasie na Mędralowej. Hardcorowiec. My korzystamy ze "skrótu" przez Słowację (legalnego - turystyczne przejście graniczne). Rzadkie znaki żółtego szlaku doprowadzają nas do dużego placu używanego przez drwali. Tu droga się rozgałęzia.
Rozdzielamy się i sprawdzamy obie odnogi - ani w lewo ani prosto znaków nie ma. Po naradzie ruszamy prosto. Początkowo wszystko się zgadza, jednak gdy droga skręca w prawo zamiast w lewo okazuje się, że wybraliśmy źle. Postanawiam, że mimo to idziemy do góry - wąską ścieżyną. Ścieżka najpierw jest całkiem dobra, potem się pogarsza. Gdy wchodzi w paprocie odstawiam Mariusza, by jakby co musiał mniej zawracać. Cały czas ostro idziemy do góry. Przedarłszy się przez wiatrołomy dostrzegam w końcu biało-czerwony słupek graniczny. Jak dobrze wrócić do Ojczyzny :-) Mariusz jest na mnie wściekły, do tego dostaję SMSa od znajomej, która maiła do nas dołączyć na Markowych, że musiała zmienić plany i jedzie do Wisły. Pozytywnym aspektem sprawy jest fakt, że jesteśmy blisko szczytu Małej Babiej Góry (Cylu) - jakieś 3 kilometry za przejściem na Przełęczy Jałowieckiej. Na szczycie Cylu wita
nas mgła, więc szybko schodzimy na przełęcz Brona. Stąd już tylko kawałek do schroniska na Markowych Szczawinach. Miejsca dostajemy bez problemu, miłe jest też to, ze spotkana wcześniej grupa zauważyła nasze opóźnienie. Wieczorem do pokoju dołączają Rafał i Bożenka - lekarze z Legnicy. Całą czwórką postanawiamy wstać o 3 by zdobyć Babią o wschodzie...
7 VIII
Markowe Szczawiny - Hala Krupowa
O 3 wstajemy i widząc chmury idziemy spać. Wymarsz zaplanowaliśmy na 9. Ruszamy słynną Akademicką Percią. Szlak najpierw wiedzie przez las, potem zaś lekko eksponowanym trawersem (łańcuch). Przy tzw. Czarnym Dziobie czeka nas kilka metrów łatwej wspinaczki. Potem jest już tylko stromo, ale bez ekspozycji. Choć Królowa Beskidów przyjęła nas na audiencję to zrobiła to chłodno i z pochmurną miną. Nic nie widać, do tego ziąb jak sk... diabli ;-) Dajemy się wyprzedzić lekarzom, sami schodzimy wolno, mijane wycieczki lekko bajerując odnośnie warunków na szczycie (Mariusz miał rękawiczki). Po chwili odpoczynku na Krowiarkach znów ruszamy do góry - tym razem w stronę Policy. Szlak jest przyjemny, tylko ładna pogoda z rana schraniła się dokumentnie - zaczął popadywać deszcz. W końcu dochodzimy na Halę Krupową i do
wyjątkowo przyjemnego schroniska. Tam, oprócz Rafała i Bożenki, spotykamy "hardcorowca" z Głuchaczek i kilka innych fajnych osób. Przy góralskiej herbacie siedzimy do późnego wieczora.
8 VIII
Hala Krupowa - Stare Wierchy
Ponieważ obraziliśmy się na naszą koleżankę kontynuujemy marsz na wschód. Pogoda się poprawiła, na niebie nie widać ani jednej chmurki. Spokojnym tempem schodzimy do Osielca, mijając po drodze pomnik partyzantów i podziwiając przepiękne widoki. Nasze obawy co do
wydostania się stamtąd rozwiewa rozkład jazdy mikrobusów zastępujących tu PKS. Dojeżdżamy do Jordanowa, gdzie postanawiamy się posilić. Czekając na pizzę dużo dowiadujemy się od miejscowych meneli. Zarówno w kwestii turystycznej ("Jordanów to największa dziura w Polsce! Aż dziw, że to coś miastem zrobili."), jak i ogólnofilozoficznej ("Człowiek bez religii jest jak ryba bez roweru."). Najedzeni przebazowujemy się do Rabki. Dobrą godzinę zajmuje nam znalezienie czynnej apteki i spożywczaka (niedzielne popołudnie). Mapy Gorców nie udaje nam się dostać.
Czerwonym szlakiem ruszamy w stronę Maciejowej. Szlak wiedzie polami i łąkami, za nami rozpościera się piękna panorama Beskidów. Przyjemność psują narastające tłumy, jak się okazało wracające z Turbacza, ze Święta Gór. Na Stare Wierchy docieramy przed 8, akurat by z okna pokoju obejrzeć przecudowny zachód słońca...
9 VIII
Stare Wierchy - Krościenko nad Dunajcem
Wstaliśmy przed 6, czym obsługa schroniska na wyraźnym kacu (też wczoraj świętowali...) nie była zachwycona. O wpół do 7 ruszyliśmy na szlak. Po godzinie dotarliśmy na Turbacz, gdzie schronisko dopiero budziło się do życia. Jajecznica i idziemy dalej. Kupiliśmy też mapę,
niestety kompletnie bezużyteczną (PPWK). Hala Długa już bez kwiatów, nie widać też Tatr.
Wogóle pogoda z rodzaju "zaraz się spieprzy". Nudną, rozdeptana ścieżką docieramy do "cywilizacji" na Przełęczy Knurowskiej, by zaraz odrobić straconą wysokość. Szlak robi się trochę ciekawszy, czasem z łąk odsłaniają się widoki na Pieniny i zalew Czorsztyńki. Zaczyna też kropić deszcz, za to woda pitna zdecydowanie zaczyna się kończyć. Ostatnie podejście na Lubań jest mordercze - bardzo strome 200 metrów, do tego bez wody. W bazie namiotowej na szczycie zamawiam dwie herbaty - jak Mariusz mnie dogoni to na pewno będzie wściekły. Jest.
Zejście jest łagodne, ale Mariusz ma problemy z nogami, więc się wleczemy. Widok z Marszałka na Krościenko jest cudowny. W końcu wykończeni docieramy do celu. Zrobiliśmy 40 kilometrów w 11 godzin. Rzucamy się na sklep spożywczy niczym hieny na padlinę. W pizzerii zaś zamawiamy największą możliwą pizzę. Chwilę przed zameldowaniem się w PTSMie rozpętuję się burza.
10 VIII - Epilog.
Stan nóg Mariusza absolutnie wyklucza chodzenie po górach. Moje też funkcjonują nie do końca poprawnie - wejście na schody bez butów wymagało interwencji rąk. Wybieramy się na spływ Dunajcem. Trafiamy niestety na młodego flisaka, choć spływowemu debiutantowi, jakim jest
Mariusz to nie przeszkadza. Mi się bardziej podobało za pierwszym razem. W Szczawnicy idziemy na obiad do "Zosi" (przy parkingu autokarów - najlepsze obiady domowe), w Krościenku zaś na najlepsze lody w Polsce (przy rynku, obok przystanku). Bus, Nowy Targ i jesteśmy już w pociągu do domu i szarej rzeczywistości. opis i zdjęcia: Tomasz Gapiński |